Oskar, pierwsze pytanie dotyczyć będzie twoich początków w piłce. Gdzie zaczynałeś, z jakimi marzeniami przystępowałeś do treningów i ile z nich udało Ci się zrealizować?
Cześć, przede wszystkim bardzo mi miło, że kolejne moje opowiastki trafią do szerszej publiczności. Myślę, że większość zagorzałych kibiców częstochowskiej piłki zna moją historię, ale może postaram się opowiedzieć trochę więcej szczegółów. Mieszkając na dzielnicy Lisiniec, najbliżej naszej młodzieży było jeździć na Gnaszyn, gdzie swoje treningi prowadził Śp. Trener Antoni Kozyra. Dostaliśmy się do Uczniowskiego Klubu Sportowego „Jedenastka”. Zespół ten był w jakimś stopniu powiązany z seniorskim zespołem „Orkan” Gnaszyn – po prostu byliśmy zapleczem młodzieżowym dla Orkana. W mojej grupie większość chłopców była właśnie z Gnaszyna, a my dołączyliśmy do nich, a i trener woził kilku chłopców z Częstochowy. Następnie kiedy mój wiek pozwolił mi na grę w Orkanie Gnaszyn, zadebiutowałem w meczu z Zawiszą Pajęczno i tak już zostałem w seniorskim zespole u Trenerów Irka Jury i Arkadiusza Gaika. Wiele wspomnień jest już zatartych, ale to są piękne wspomnienia, o które dbam, chociażby raz w roku idąc Trenerowi Antoniemu zapalić znicz na grobie. Świetny Trener, który zaszczepił w nas bakcyla do biegania za piłką. Takie to były początki moich wojaży, a później wylądowałem W KS Stradom Częstochowa u Trenera Waldemara Różyckiego.
Żeby zamknąć ten rozdział, chciałbym odpowiedzieć na pytanie o marzeniach i może dodać anegdotkę. Oczywiście na początku byliśmy takimi chłopcami do bicia, ale z treningu na trening czerpaliśmy z rad trenera i reprezentowaliśmy zdecydowanie lepszy poziom. Jeśli mnie pamięć nie myli, to nawet graliśmy ważne spotkanie o pierwsze miejsce w tabeli, mierząc się z zespołem Rakowa Częstochowa bądź Olimpijczyka. Przegraliśmy ten mecz 1:3, ale naszą postawą zbudowaliśmy rangę tego meczu. Ciężko mówić o marzeniach, bo to odległe czasy, ale do dziś pamiętam jak razem z Piotrkiem Bieleckim nazywaliśmy się Ro&Ro z racji strzelania wspólnie wielu bramek – ten skrót to Ronaldo&Romario. I tym akcentem można powiedzieć, że to były marzenia.
Na której płaszczyźnie twoim zdaniem lepiej się realizujesz. Jako zawodnik czy trener? Przyznam, że wyszukując informacji o tym, gdzie grałeś, byłeś trenerem, lub łączyłeś obie funkcje, natrafiłem na sporo klubów.
Bardzo ciężkie pytanie, ponieważ myśląc o tym, musiałbym kopać bardzo głęboko i z różnych stron, ale postaram się to ułożyć chronologicznie. Wylądowałem w Stradomiu u Trenera Różyckiego i tutaj muszę wtrącić dwa zdania o nim. Dostałem od niego szansę pójścia do wyższej ligi z A-klasy. Bardzo wymagający Trener pod kątem intensywności w treningu, ale jednocześnie Trener, dla którego każdy miał olbrzymie znaczenie. Bardzo zapadła mi w pamięć sytuacja — byłem po 90 minutowym meczu, jak to młodzi chłopcy poszliśmy na miasto powariować i nagle dzwoni telefon – Trener. Wystraszony odbieram, a Trener mi zadaje pytanie – „ Oskar, jak się czujesz po meczu?” Odpowiedziałem, że dobrze, że nogi trochę bolą, ale ogólnie wszystko jest w porządku. Pierwszy raz się spotkałem z sytuacją, że kogoś to obchodzi, jak ja się czuje po meczu. Doceniam ten telefon do dziś, ale to odbiło piętno w mojej głowie, ponieważ przez tę sytuację staram się robić to samo z moimi zawodnikami. Teraz przypomniała mi się też sytuacja, w której Trener nagradzał zawodników po dobrym meczu – i dostałem np. skarpetki do treningu. Niby małe rzeczy, ale dla mnie one są olbrzymie.
Żeby odpowiedzieć na pytanie, musiałbym przejść już trochę dalej, kiedy dzieliłem boisko z chłopakami, jednocześnie będąc ich trenerem. Rozmawiamy teraz o lidze Okręgowej i IV lidze, więc dzielenie tych dwóch funkcji nie było trudne. Ja do dziś twierdzę, że olbrzymie znaczenie w takiej sytuacji ma aspekt mentalny czy psychologiczny. Oczywiście też to, z jakimi zawodnikami pracowałem. Moja przygoda z trenowaniem zespołu seniorskiego rozpoczęła się w KS Panki, gdzie byłem zawodnikiem. Nastały ciężkie czasy i dostałem propozycję budowania zespołu. Moi koledzy z boiska stali się moimi zawodnikami, ale po wielu rozmowach i widząc ich chęć, wiedziałem, że to się uda. Wyniki mówiły same za siebie, ponieważ z niczego sezon po sezonie pięliśmy się sportowo w górę, aż zrobiliśmy awans do IV-ligi. Może mało skromnie to zabrzmi, ale gdybym nie dawał mojemu zespołowi jakości na boisku to zapewne szatnia by mnie „zjadła” i szybko bym został zdegradowany. Wielu ludzi mi zarzucało, że nie da się być Trenerem i jednocześnie zawodnikiem, ale ja z sezonu na sezon obalałem tę teorię. Dziś mogę powiedzieć, że wtedy kiedy jeszcze byłem zdrowy, aby grać na takim poziomie, to zdecydowanie lepiej mi było zarządzać drużyną z boiska, niż stojąc obok linii.
Podobna sytuacja była w GKS Unia Rędziny. Przeprowadziłem zespół z A-klasy do IV-ligi, będąc Trenerem i kolegą zawodników. Trzeba było postawić granicę, ale pracowałem tam z fantastycznymi ludźmi, którzy do dziś są moimi kolegami. Nie miałem żadnych problemów, a nawet bym rzekł, że wynik zrobiło pełne zaangażowanie zawodników i kibiców. Trzeba by zapytać ich, czy któryś z zawodników miał problem z taką sytuacją, ale ja uważam, że absolutnie nie. Miałem gorszy czas, ponieważ walcząc o awans, zremisowaliśmy trzy pierwsze mecze i sam podałem się decyzji Zarządu. Zarząd nie zdążył nic powiedzieć, a mój zespół stanął za mną w 100%. Następnie nie przegraliśmy chyba już meczu do końca sezonu albo do końca rundy.
To świadczyło tylko o tym, że nikomu nie przeszkadzało to, że pełnię obowiązki Trenera, ale również zawodnika. Oczywiście na sam koniec, kiedy nie punktowałem w IV-lidze, słyszałem głosy, że to dlatego, że jestem ze swoimi zawodnikami na stopie przyjacielskiej. Nie zgadzam się z tym do dziś. Problem braku punktów uważam, że był gdzie indziej. A gdybym miał zdrowie, jak wtedy, to też bym jeszcze grał, będąc Trenerem. Problem jest rozwiązany, bo już ledwo się ruszam. W KS Panki i w Unii Rędziny byłem bodajże 10 sezonów łącznie, więc to tylko oznacza, że funkcjonowało to dobrze. Oczywiście tutaj też w grę wchodziło zaufanie Zarządów i za to im dziękuję, bo budowanie zespołu nigdy nie będzie trwało jednego sezonu.
KS Panki, Orzeł Kiedrzyn i Unia Rędziny. Możemy się zgodzić, że to w tych zespołach jako zawodnik i trener świętowałeś największe sukcesy i porażki, które, są przecież nieodłącznym elementem sportu?
Kiedy odszedłem z Ks Panki, po bodajże pięciu sezonach ciągłego grania pod presją, chciałem odpocząć. Szybko odezwał się Orzeł Kiedrzyn i Prezes Adam Całusiński. Jako że ekipa wtedy Trenera Rafała Kuczery chciała awansować do Ligi Okręgowej, to zdecydowałem się na ten ruch, ale jednak tylko jako zawodnik. Awansować się udało, w Lidze Okręgowej też nam szło całkiem nieźle, walcząc długo o awans do IV-ligi. W międzyczasie otrzymałem ofertę z GKS Unia Rędziny, a że grałem wczesniej w Gieksie kilka sezonów, to serce mocniej zabiło. Zgodziłem się i rzeczywiście przeszliśmy wspaniałą drogę z moją drużyną z A-klasy do IV-ligi. To też była wyboista ścieżka, ciężkie warunki treningowe, zespoły z nas drwiły, gdzie my trenujemy, jaką mamy szatnie, ale piłkarsko byliśmy bardzo mocni. W tych ciężkich warunkach byliśmy jednością i wsparciem dla siebie.
W KS Panki tak naprawdę miałem tylko doświadczenie w trenowaniu młodzieży, ale szybko ustabilizowaliśmy kadrę i poprzez trening z sezonu na sezon byliśmy coraz to lepszą ekipą. Systematyczna praca, systematyczna budowa zespołu doprowadziła nas również do IV-ligi. Jeśli przeczyta to osoba, będąca w jakimś Zarządzie Klubu Sportowego, to chciałbym powiedzieć, że wynik nie przychodzi z dnia na dzień. Pozwólcie Trenerowi popracować trochę dłużej i wtedy ocenić jego pracę. I w KS Panki i w GKS Unia Rędziny byłem naprawdę sporo czasu, bo pomimo również kryzysów nikt nie działał pochopnie – a na koniec to zaufanie się opłacało.
Wspomniałem wcześniej o sezonie, w którym mieliśmy walczyć o awans z Gieksą. Trzy remisy na początku były nie do pomyślenia i powiedziałem Prezesowi, że może jednak trzeba mnie zwolnić. Usłyszałem – „Nawet jeśli nie będzie awansu, to Ty Oskar musisz zostać na swoim stanowisku”. Zrobiliśmy awans i tym samym odpłaciłem się za to zaufanie Prezesowi. Zresztą każdemu życzę współpracy z takim człowiekiem. Nawet pomimo porażek otrzymuje się niesamowite wsparcie i również wchodząc do szatni, przekazuję to samo zawodnikom. A jeśli będą to czytać Prezesi bądź członkowie Zarządów – dajcie spokojnie i cierpliwie budować zespół.
Twoje nazwisko widnieje obecnie obok drużyny LKS Zjednoczeni Kalej Szarlejka. Powiedź coś więcej o tym aktualnym projekcie.
To ciekawe pytanie, ponieważ moje przejście do B-klasowej ekipy było lekkim szokiem dla moich znajomych czy kolegów ze środowiska piłkarskiego. Między odejściem z Gieksy i przyjściu do Zjednoczonych miałem krótki epizod w LKS Kamienica Polska, gdzie również miałem zrobić szybki awans podczas jednego sezonu. Niestety się nie udało, choć mówiłem, że na szybki awans nie posiadam recepty. Rozstaliśmy się w dobrych stosunkach z Prezesem Andrzejem Nowowiejskim i Kierownikiem Wojtkiem Musiałem. Nie ukrywałem, że to zwolnienie mnie dosyć mocno zabolało, co skutkowało decyzją, że od piłki odchodzę całkowicie. Przez kilka miesięcy do powrotu namawiał mnie Prezes Czarek Kupczyk, żebym odbudował LKS Zjednoczeni Kalej Szarlejka. Szło opornie, ale dogadaliśmy szczegóły.
Ja do dziś powtarzam, że najważniejszym dla mnie punktem umowy było to, że nie wchodzę w zespół, który ma być budowane na stypendiach. Raz, że przy takim funkcjonowaniu wzrasta presja wyniku, a dwa, że sam chciałem się sprawdzić w innych warunkach budowania zespołu. To było ciężkie zadanie, bo można się domyślić, że bez „grosza” ciężko pozyskać jakościowych zawodników z doświadczeniem w wyższych ligach. Musiałem karty przetargowe szukać w merytorycznej rozmowie, a nie w portfelu. Nie będę wymieniał z nazwisk, ale udało się namówić chłopaków, którzy wcześniej ze mną pracowali i pomogli awansować z B-klasy to klasy A.
Choć warto nadmienić, że ten awans był zrobiony w ciężkich bólach przy reorganizacji rozgrywek. To się zapisało w historii i tego już nikt nie zamaże. Dziś jesteśmy w klasie A i walczymy spokojnie o utrzymanie w lidze. Ten zespół jest zespołem, który ma uczestniczyć w rozgrywkach tylko i wyłącznie z pasji i dla pasji. Po części ważna jest jakość, ale najważniejsza jednak miłość do piłki nożnej. Moglibyśmy zmienić nasze założenia i zbudować zespół szybciej, który będzie silniejszy – ale za każdym razem pamiętamy z Prezesem o naszej rozmowie.
Gdybym tylko chciał działać inaczej, to myślę, że w Zjednoczonych zawitaliby ciekawi zawodnicy, którzy są od wielu lat moimi żołnierzami. Trzymam się tego, co założyliśmy sobie przed moim wejściem w struktury Klubu. Co będzie w przyszłości, tego nie wiem.
Jak na przełomie lat, twoim zdaniem, zmieniła się lokalna piłka? Chodzi mi o podejście piłkarzy, działaczy, ale też o poziom i infrastrukturę?
Myślę, że w tym wszystkim właśnie zapominamy o tej pasji, która powinna być fundamentem. Dziś mierze się z problemami takimi jak frekwencja, choć nie mogę narzekać, ale podejrzewam, że gdybyśmy ucięli we wszystkich klubach stypendia, to 50% zespołów seniorskich przestałoby istnieć. Grając w KS Stradom Częstochowa, na IV-ligowym poziomie, dostawałem 100 zł na miesiąc, mając w tygodniu 4-5 jednostek treningowych. Na treningi dojeżdżałem z Marcinem Sroką. I pamiętam, że opuściłem bodajże dwa treningi i moja wypłata wynosiła 70 zł. Wtedy pomyślałem, że to jakiś żart, ale nie złamało mnie to, ponieważ pasja była silniejsza. Mówię to po to, żeby młodzi zawodnicy nie myśleli o kasie, a poczuli tę prawdziwą pasję, która wypełni serce.
Co do boisk, budynków, to sami widzimy, że idzie to wszystko do przodu. Patrząc na Liswartę Krzepice, Pilicę Koniecpol, Jedność Boronów, Unię Kalety czy Olimpię Truskolasy. Wszystko idzie do przodu.
W Pankach warunki już wtedy mieliśmy wyborne, boisko myślę, że jedno z lepszych, w Truskolasach płyta była ligowa, natomiast w Rędzinach był ciągły problem ze stadionem. Warunki były kiepskie, ale to budowało Naszą determinację. Dziś cieszę się, że Gieksa doczekała się pięknego stadionu z godziwym budynkiem.
Na koniec powiedz proszę, gdzie widzisz się w tym sporcie za 5, 10 i 20 lat?
Myślę, że za 5 lat już mnie nie będzie ani na boisku, ani przy ławce trenerskiej. Nie wiem dokładnie, ile już czasu jestem w takim czynnym uczestnictwie, gdzie towarzyszy Ci presja wyniku. Ktoś, kto tego nie przeżywa, nie będzie wiedział, o czym mówię. Całe życie jest pod ciągłą presją, zadbać o rodzinę i lepszy byt, co wiążę się z presją w pracy. Dodatkowo będąc w piłce, robi się niezły kocioł w głowie. Proszę uwierzyć, że po przegranym meczu człowiek nie funkcjonuje normalnie, pomimo że to tylko piłka amatorska, bo tak ją trzeba nazywać.
W zeszłym tygodniu z racji wielkiego szacunku i docenienia tego, co robi Prezes Kupczyk, postanowiłem wejść do Zarządu Zjednoczonych. Z racji pozostania jeszcze na stanowisku Trenera tego czasu będzie mniej, ale może w przyszłości razem z Prezesem stworzymy dobry duet, który podniesie ten Klub na wyższy poziom – i tutaj mam na myśli stworzenie idealnych warunków dla dzieci i dla Trenerów, którzy będą pracować w tym klubie. Pożyjemy, zobaczymy.

